wtorek, 21 maja 2019

Jestem

Jestem,jestem,tylko tak jakoś daleko od świata blogowego.
Czas mija ,bo człowiek chce się nacieszyć tymi chwilami wiosny,kiedy to nie pada deszcz,a gdy pada to igła w dłoń i powstaje ciąg dalszy portretu wnusi,który ma dosyć pokażne rozmiary.
A ponieważ ja jestem z tych osób,które chcą na już ,więc nie mogę się doczekać końca.
Cieszę się ,bo moi synkowie mają pracę,mój naukowiec kończy jeden projekt i  udało mu się dostać na następny,pokonując 18 osób ze środowiska naukowego/
Mój najstarszy wstawia okna do domu,który miał być nasz ,ale mój mąż przez -prawie 30 lat nie mógł go skończyć(może i dobrze),wnusia najmłodsza rozwija się pięknie ,jak dotychczas. 
Najmłodszy,który ,,cierpi,,na wstręt do nauki,ma też super pracę w Norwegi  i widać ,że ma smykałkę,wiec go chcą i nawet już dostał taki mały awans-gdyby chciał się uczyć,to pewnie by doszedł wysoko,no ale skończył na zawodówce i powiedział dość.
No cóż.
Moja córcia ma nadzieję na  przeniesienie do innej pracy,ale to czas  pokaże.

Narazie zdrowie jako tako,a przynajmniej nic nie wiemy ,że coś żle.

W międzyczasie oczywiście małe smutki i smuteczki ,żeby nie było ,że tak wspaniale i bezproblemowo,ale lepiej pisać o radości ,jak jest  niż o smutkach,które przecież towarzyszą nam zawsze i wszędzie.

Jestem taka podekscytowana,bo moje dzieci zrobiły mi wspaniałą niespodziankę z okazji Dnia Matki -moja córcia i T zorganizowali mi  3 dniową wycieczkę  do Krakowa mojego ulubionego.
Wynajęli jakiś apartament,jeszcze nie wiem gdzie i 3 dni spędzamy robiąc to,na co mamy ochotę,zwiedzając ,co chcemy.
Oczywiście ,córcia przylatuje na ten czas z Anglii ,dzisiaj idzie na nockę do pracy i jutro od razu ma lot.
Nie wiem,jak da radę,ale mówi że da,.
Syn też miał przyjechać,żeby było tak rodzinnie ,ale okazało się, że bilety z krańców Norwegii do Krakowa są tak drogie,że zrezygnowali.Ale będę z córcią,bo sama ,mimo wszystko ,bym sobie nie poradziła, za bardzo.
Mój Kraków sprzed 30 lat jednak się zmienił.

A najmłodszy zrobił mi taki prezent


 Chciałam wkleić filmik ,jak lata po pokoju i sprząta,ale się nie udało.
A w ogródku coś mi podżarło koronę cesarską i w tym roku nie będzie cieszyła oczu.

Zaczęłam przetwory -teraz na tapecie pokrzywa ,więc sok  z pokrzywy z miodem.  Miało być też piwo z mniszka,ale nie dostałam drożdży winnych ,więc został napój.Pyszny.





Naklejki na słoiczkach takie byle jakie,ale  do domowego użytku mogą być.
A na polu znowu leje...

wtorek, 2 kwietnia 2019

Pierwsze wiosenne dni

Mój najmłodszy leci do Norwegii do pracy
Leci sam.
I niech  już doleci,żebym była spokojniejsza.

Dowód się znalazł.
Ale już za póżno,bo nowy wyrobiony.
Okazało się ,że dałam go synowi,bo coś mi załatwiał,on włożył między swoje dokumenty  do portfela i zapomniał.No bo jakżeby inaczej,kiedy teraz dziewczyna na pierwszym miejscu,więc nawet nie wiem,czy zakodował ,że ja szukam dowodu.
Przed wyjazdem coś tam sprawdzał i przynosi mi dowód
 -mamo,a skąd się u mnie wziął Twój dowód??
Tak to jest z młodymi zakochanymi i starymi,.przepraszam,starszymi ,z kłopotami z pamięcią..
Ale może dobrze się stało,bo zdjęcie w tamtym dowodzie było koszmarne...

A z moim mężem trudno wytrzymać ostatnio,czy istnieje męska menopauza?
 Bo już sama nie wiem ,co o tym myśleć.Ma jechać do pracy i cały czas narzeka.boli go ramię,ale nie pójdzie na zabiegi.Zaczął ,ale nie skończył,bo mu się nie chciało jeżdzić.
A ja jestem kozłem ofiarnym ,jak zwykle...
,

piątek, 29 marca 2019

Taka smutna perspektywa


Byłam w końcu u lekarza z tym moim trzaskającym kciukiem.
Spędziłam cały dzień w przychodni,bo najpierw kolejka do rejestracji,mimo wcześniejszej rejestracji telefonicznej,potem kolejka do ortopedy i w końcu zostałam przyjęta.
Dostałam skierowanie do szpitala na operację ścięgna.Wieczorem mam się zgłosić do szpitala ,na drugi dzień zabieg i do domu.
Ale nie będzie tak fajnie,o nie ,nie będzie to już za mną tak szybko.
Poszłam na drugi dzień do szpitala,żeby się umówić na zabieg i wyznaczyli mi termin na styczeń 2020 rok.
No i zderzyłam się z rzeczywistością...
Tyle miesięcy czekania,z ciągłym brakiem możliwości używania prawej ręki ,bo akurat prawy kciuk mi szwankuje,nic złapać ,nic podnieść.
Kurcze,ale jestem zła.
Dzieci mi wyszukały,jakąś klinikę w Krakowie,prywatną,koszt operacji 2000 tysiące,chcą mi opłacić,ale nie chcę się decydować na wyjazd ,narazie poczekam ,jakoś jeszcze daję radę .
Będę czekać w kolejce,podobno kolejka się zmienia ,bo ludzie są zapisani na zabiegi,ale potem rezygnują,czy jakieś inne przyczyny losowe im nie pozwalają,i kolejka się skraca.
Mam nadzieję,że będzie mniej tego czekania.
I będę miała zrobione u nas,bo najgorzej iść w obce środowisko.
Taki mam plan i mam nadzieję,że jakoś to się ułoży.
I taka jestem jakaś trochę załamana ,przygnębiona,bo przecież teraz najlepszy czas na ogródek ,wiosenne porządki,tyle mam włóczki na robótki i co?
Tylko haftowanie jeszcze jako tako mi się udaje,bo zaczęłam wnusi portret i po trochu z usztywniaczem na ręce dłubię tą igiełką.

czwartek, 21 marca 2019

Wnusie

Byłam dzisiaj rano u moich wnusi,bo chyba nie pisałam,ale w międzyczasie w naszej rodzinie pojawiła się siostrzyczka mojej pierwszoklasistki.
Oczywiście były wielkie przeżycia, Z zaakceptowała  w końcu siostrzyczkę ( bo wcześniej nawet nie chciała słyszeć o rodzeństwie). Do tej pory była jedynaczką i wszystko obracało się wokół niej,więc pojawiła się zazdrość o mamę,zazdrość o wszystko,problem ze szkołą , był wielki płacz i histeria przed wejściem do szkoły,chociaż za drzwiami klasy już była normalnym dzieckiem.
Ale pani musiała się nią zająć osobiście ,co  robiła dla świętego spokoju.
Na szczęście wychowawczyni jest bardzo dobrą nauczycielką i pełną poświęcenia i cierpliwości.
Po prostu te 7 miesięcy to był horror.
Były, oczywiście, wizyty u  psychologa i bardzo dobra pani psychiatra od dzieci,bo psycholog nic nie wskórał.I ciężko był cokolwiek zdiagnozować,ponieważ problemów z nauką nie miała żadnych,wręcz przeciwnie ,wiadomości i osiągnięcia ma bardzo powyżej przeciętnej.
Pani,która z nią przeprowadzała rozmowy byłą naprawdę wspaniała  w tym ,co robi.Wnusia  się otworzyła,uwielbiała rozmowy z nią i zaczęło się normalne życie szkolne.
Siostrzyczkę uwielbia i już wie ,że obydwie są tak samo kochane,chociaż na początku była przewrażliwiona na punkcie zainteresowania malutką.Winię tu trochę też moją synową,bo za bardzo uzależniła córkę od siebie,wychowuje ją na swojego klona,chociaż wnusia niekoniecznie ma jej  charakter . Dziecko nic nie potrafiło zrobić bez wcześniejszej akceptacji mamy,o każdą drobnostkę musiała zapytać i uzyskać pozwolenie,więc  to wszystko tak się pewnie kumulowało ,aż w końcu przyszła próba większej samodzielności i lęk,niemożność pogodzenia się koniecznością podejmowania decyzji.
I szukanie pretekstu,uzasadnienia tego,dlaczego pojawia się ten lęk przed wejściem do klasy,a ponieważ jest osobą bardzo bystra ,więc te tłumaczenia z jej strony były różnie uzasadniane ,trochę prób manipulacji  też pojawiało się z jej strony.
Na szczęście sytuacja bardzo się poprawiła.
Już jest wspaniałą starszą siostrą i pierwszoklasistką.
Dobrze że trafili na tak wspaniałą osobę,jak ta pani doktor.

Dzisiaj rano syn wyjeżdżał do pracy,mąż go odwoził na samolot do Krakowa,a ja poszłam do malutkiej,żeby mama mogła odwieżć drugą wnusię do szkoły.To była mój pierwszy tak długi pobyt sam na sam   maluszkiem.I pierwszy tak bliski kontakt,kiedy mogłam ją dotknąć ,kiedy trzymała mój palec w swojej malutkiej rączce -bo już zaczyna chwytać.I wcale nie płakała,przed czym straszyła mnie jej mama,ale cały czas miałyśmy kontakt wzrokowy ,śpiewałam jej ,rozmawiałam z nią i nawet ona coś mi usiłowała po swojemu odpowiedzić.
Moje kochane maleństwo.Jakie to szczęście ,gdy wiesz ,że taki malutki człowieczek patrzy w twoje oczy ,dotyka twojej ręki,wie,że jesteś.
Mam nadzieję,że będzie już rozsądniej wychowywane.
Nie brałam jej na ręce,bo mam jakiś uraz od tej pory,kiedy synowa zrobiła mi awanturę,a właściwie synowi,gdy wzięłam na ręce Z,gdy była malutka.
Wtedy moja synowa uważała,że dziecka nie można brać na ręce i przyzwyczajać do noszenia,a ja ośmieliłam się wziąść...
Teraz chyba poglądy jej się zmieniły,ale ja wolę nie ryzykować...
Bardzo to wtedy przeżyłam i  wypłakałam trochę łez...

Najmłodszy zjeżdża z Norwegii,też czeka na samolot,wieczorem będzie w domu.
Żle zeskoczył w pracy i uszkodził stopę,bardzo go bolało,ale już jest lepiej,Dwa dni póżniej jego kolega w tym samym miejscu zeskoczył i to samo zrobił z nogą...Nie zgłaszali tego,bo liczyli że to nic grożnego i miejmy nadzieję,że tak będzie.Jak wróci to pójdzie do lekarza tutaj .

W nocy jeszcze przymrozki,ale dzień jest przepiękny. słoneczny.Kupiłyśmy sobie z koleżanką na allegro karpy piwonii ,które można posadzić w doniczce i mają kwitnąć prawie całe lato.zobaczymy.


Posadzę je dzisiaj w doniczce i będę czekać.
Niestety ,dowodu nie znalazłam,już czekam na nowy.Może to i lepiej,bo w tym będzie ładniejsze zdjęcie,niż w tamtym,haha...

sobota, 16 marca 2019

Wiatr ,pierzyna,lalki-oby do wiosny.

Miało bardzo wiać dzisiejszej  nocy,ale zaczęło szaleć  dopiero dzisiaj przez dzień.
Czasami słoneczko wyjrzy na chwilę zza chmur i wydaję się,że jest już pięknie,że można złapać za grabki i porządkować obejście po zimowym bałaganie.
Niestety,wyszłam na podwórko i zaraz wiatr mnie prawie ,że wcisnął do środka z powrotem.
Pomyślałam,że dobrze by mi wywietrzyło zimową pierzynę,którą dostałam jeszcze od mojej Mamy,i pod którą mój syn uwielbia się wygrzewać zimową porą  Ma zimny pokój,a my raczej nie palimy nocą ,więc rano u niego najzimniej.
Wyniosłam pierzynę na podwórko,przewiesiłam przez sznur do prania i niech się wietrzy,Jest ciężka,więc wiatr jej nie porwie ,a wróci odświeżona  zimnym wiatrem.
Jeszcze gdzieniegdzie kupki śniegu się wylegują,wytrwałe,ale już prawie zwyciężone przez wiosnę.
Stoki narciarskie jeszcze się bielą,ale to już ostatnie podrygi.Moja wnusia dzisiaj ostatni raz wybiera się na deskę i będzie kończyć sezon zimowy.
Ubrania i narty   do szafy i niech odpoczywają do następnej zimy.

Zaczęłam wyszywanie portretu mojej wnusi.
Kupiłam program do przeróbki zdjęć na haft i postawiłam pierwsze krzyżyki,niestety mój przeskakujący kciuk ogranicza moje działania hafciarskie,więc powolutku ,bardzo powolutku będzie przybywac.
A obraz duży ...
Odeszło na bok też moje szydełko,a ostatnio rozkochałam się w szydełkowych maskotkach i ,niestety , musiałam skończyć  także z tą przyjemnością.
Bardzo dużo sprzedałam na kiermaszu i prywatnie ,ale trochę jeszcze zostało.Mam zamiar przekazać kilka na kiermasz dla chorej dziewczynki z  naszych okolic.
Niech idą w dobrym celu.
Może tez oddam jakiś haftowany obrazek,który mam w domu.
Spróbuję chociaż w ten sposób dołożyć swoją cegiełkę.
We wtorek w końcu idę do ortopedy,może coś mi pomoże,bo już nie mogę wytrzymać bez moich nitek.
Kilka moich prac















poniedziałek, 11 marca 2019

Kurczę!!


Poszłam dzisiaj do Orange ,żeby skasować nawigację,którą mi zainstalowali w telefonie ,a nie jest mi potrzebna, i jeszcze popytać  o to,za co dokładnie płacę i okazało się,że nie mam dowodu osobistego...
No i nie ma...
Przetrząsnęłam wszystkie miejsca,w których mógłby być, raczej staram się go zawsze chować do kosmetyczki,ale nie ma.
Kurcze,nie ma.
Aż mi się ciśnienie podniosło na samą myśl,że trzeba od nowa się starać o wydanie nowego.
Nawet św Antoni mnie nie słyszy,chociaż zawsze mi pomagał do tej pory...

środa, 13 lutego 2019

Półeczka


 Moja półeczka książkowo-kwiatowa.
Mam nadzieję,że będą współpracować...bo coś listeczki  u dużego skrzydłokwiata zaczynają przysychać.

 

poniedziałek, 11 lutego 2019

Synek wrócił.


Wrócił mój najmłodszy z pracy z  Norwegii,bardzo zadowolony,bo dobrze mu szło , był chwalony i potrzebny, a jest trochę łasy na pochwały ,więc czuł się super.
Sam sobie załatwiał pracę bez żadnych znajomości i poleceń,dostał się do firmy  jako monter wentylacji.
Pracują przy statkach.
Trochę się bał,bo szkoła nie dała mu dużego przygotowania,  wcześniej  miesiąc był w Anglii,warunki nie były za fajne,ale troszkę zdobył doświadczenia-(jeżeli przez miesiąc można zdobyć jakieś  doświadczenie), ale był za granicą i ,na szczęście, potem odezwali się do niego z firmy,gdzie złożył CV.
No i udało mu się.
Sprawdził się ,miał być miesiąc, ale prosili ,żeby  został jeszcze  tydzień ,więc przedłużył pobyt,chociaż teraz musiał wracać trzema samolotami i 10 godzin spędzić na lotnisku,ale  jest już w domu.
Mąż pojechał wczoraj w nocy na lotnisko na Balice ,wrócili o 3 w nocy.
Żeby wykonać zadania  w pracy, dużo  sam szukał rozwiązań w internecie ,ale  radził sobie z rysowaniem planów i wykonywaniem rzeczy ,z którymi nie potrafił sobie poradzić starszy pracownik.
Ma jechać znów za dwa tygodnie,zarobi  trochę pieniędzy . 
Chce sobie kupić za cześć pieniędzy motor ,z czego jestem bardzo niezadowolona,bo znowu będę drżeć,ale nie się przekonać.
Chciałby zrobić coś przy domu , mąż  jednak nie chce się zgodzić ,bo on ma swoje plany .Ma je już  od 20 lat  i na planach przeważnie się kończy.

Ale już mi nie zależy,teraz już tylko ważne są dzieci.

I radzi sobie ten mój najmłodszy.
Maż go ciągle krytykował ,(zresztą każde kolejne dziecko,nie tylko jego)ale K postawił na swoim(oj ,ile ja się nasłuchałam od jednego i drugiego) i teraz okazało się ,że prorocze słowa mężą (ja tu zobaczę,jak to  się skończy,i tak  wszystko będzie na mojej głowie,- jak zwykle się nie spełniło,bo następne dziecko sobie radzi .

Nie powiem,że czasami nie potrzebują jakiejś pomocy od taty czy ode mnie ,ale podejmują ważne decyzje sami. 
Na szczęście są to przeważnie dobre decyzje.
Teraz tata jest dumny i tylko chwali się przed kolegami osiągnięciami swoich dzieci.Wyobrażam sobie ,ile bym się musiała nasłuchać ,gdyby któreś zeszło na złą drogę...
Ale nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca...tylko mieć nadzieję.

Ja mam od 2 miesięcy problem z kciukiem u prawej ręki,przeskakuje mi w stawie,jest trochę spuchnięty i boli.Jestem zła ,bo jestem bardzo ograniczona ,mam stabilizator,który dostałam od T -byli z żoną w styczniu przez 10 dni.
Poznałam nową synową.
Wspaniała dziewczyna,co prawda ,nie zna polskiego,a ja nie znam ani angielskiego,ani hiszpańskiego ,ani francuskiego,więc nie mogłam się porozumieć bezpośrednio, ale syn i córka tłumaczyli w razie potrzeby.
Bo miałam również córkę w domu przez cały miesiąc .

Podczytuję teraz w wolnych chwilach,wspaniałą książkę.
Co prawda temat jest trochę ponury,ale czyta się, jak bardzo dobry kryminał,chociaż jest to dzieło naukowe.
T poprosił ,żeby mu zamówić w języku angielskim,ale doszliśmy do wniosku,że ja też chętnie bym przeczytała i zamówiliśmy w j,polskim.
 Ja przeczytam ,a potem dam jemu.
Naprawdę polecam .
Temat trudny, ale napisany językiem prostym i naprawdę wciąga. 



wtorek, 5 lutego 2019

Sen


Sen zaburzył ciszę nocną,
 wybudził mnie szalonym biciem serca,wielkim lękiem.

Ojciec już nie żyje,w domu nareszcie bezalkoholowo...,
a w mojej podświadomości ciągle tkwi lęk.

Jak długo jeszcze?

sobota, 2 lutego 2019

Witajcie w Noym Roku!

Czas to jednak szybki przeciwnik,możesz próbować go przechytrzyć ,ale i tak  w ostatecznej rozgrywce on jest górą.
Zbieram się od dłuższego czasu do napisania posta,ale  ten czas ciągle mnie pokonuje ,no i ,oczywiście  ,problem ,co tu napisać,bo tyle się wydarzyło.
Postanowiłam wejść w dzień dzisiejszy.
Wieczór,odwilż,masy śniegu zaczynają topnieć,oj będzie się działo,jeżeli plusowa temperatura nie zastopuje... 
Gdy patrzę na niektóre zdjęcia  z różnych zakątków Polski,to trochę zazdroszczę.
Bo tam, chwila ,moment i  zazieleni się dookoła.
A u nas?
 Hoho ,poczekamy sobie.
Zanim te zwały śniegu znikną ...to sobie naprawdę jeszcze  poczekamy.
Cóż ,niektórzy ,a jest ich bardzo dużo ,czekają na ten śnieg u nas i jadą z bardzo daleka ,żeby trochę poszusować i nacieszyć oczy tą zimą,która kiedyś królowała na całym terenie naszego kraju.
A teraz gdzieś się chowa po zakamarkach... 
Ja nie jeżdżę na nartach,więc siedzę w domu i ,niestety ,tyję.
Nie dosyć,że Haschimoto ,to jeszcze brak ruchu.
Czekam na tą wiosnę,żeby trochę się rozruszać.
Narazie pocieszam się jej namiastkami.


Córcia wczoraj wyjechała do Anglii 
Była prawie miesiąc w domu,przyjechała do nas z bardzo złym samopoczuciem,rano nie mogła wstać,bóle głowy ,aż do wymiotów.
Badania ,badania i okazało się, że to nadczynność tarczycy.
Ale objawy naprawdę bardzo niefajne.
Leki pomogły na szczęście i kolejne badania już lepsze.
Pojechała już w dużo lepszym stanie.Poszło trochę pieniędzy ,bo wszystko prywatnie,ale diagnoza została szybko postawiona .
Był też  drugi syn z żoną ,ale oni pojechali dużo wcześniej i tak jakoś bardzo pusto się zrobiło.Najmłodszy syn też w Norwegii  . Pracuje już miesiąc ,wraca dopiero za tydzień, to będzie trochę tłoczniej.
Bardzo Wam dziękuję za miłe wpisy pod ostatnim postem.
Nie powiem,że mnie nie zdopingowały do pisania ...

środa, 4 lipca 2018

Chyba już nie wrócę...

...do blogowania.Jakoś tak się wypaliłam i wydaje mi się to bez sensu,chociaż czasami bardzo się chciało coś napisać.A teraz?Zrobiłam się taka jakaś bez natchnienia,siadłabym w fotelu i tylko dziergała ,wyszywała.I gdybym nie musiała nic robić ,to zasiedziałabym się do zanudzenia.Na szczęście muszę wstać i robić,.bo mam dzieci w domu.
Zmarła nasz koleżanka 3 lata młodsza ode mnie, leżała już przeszło rok ,od momentu ,gdy stwierdzono u niej raka kości.Żegnało już bardzo dużo osób,cały cmentarz był zapełniony,a cmentarz niemały...tak jakoś smutno się zrobiło.
Syn skończył szkołę, mąż stara się mu załatwić pracę,córka przyjechała do nas na miesiąc, a w międzyczasie ma tydzień nauki w Łodzi w ramach jakiejś umowy między uczelnią w Londynie a łódzką.
Drugi syn się ożenił ,wziął ślub w Paryżu ,ponieważ jego żona pochodzi z kraju nie należącego do Unii,więc były problemy ze ślubem w Polsce.Mieszkają narazie w Norwegii ,jeszcze rok trzyma ich tam projekt,nad którym pracują.
A ja mam kota,malutkiego,córka wzięła od ludzi na giełdzie,którzy szukali domu dla kotka.a raczej kotki.Teraz goni po całym domu ,skacze po mnie i drapie, a spać chce tylko na kolanach wtulony w ciepło ludzkiego ciała.Chyba mu brakuje jeszcze mamy...śmieci  ,ściąga mi nitki i roznosi różne drobiazgi po domu.
Dziękuję bardzo za zainteresowanie moim dłuższym zniknięcie, miło,że jednak ktoś mnie czyta i się interesuje.

piątek, 23 lutego 2018

Do woja marsz....

K dostał wezwanie na komisję wojskową,dostał kategorię A bez żadnych zastrzeżeń,mimo skoliozy i teraz tylko trzeba się modlić,żeby nie musiał do nikogo strzelać ,ani sam nie był narażony na niebezpieczeństwo,jakie niosą konflikty zbrojne.
 Cieszę się,że obowiązkowa służba wojskowa została zniesiona,mój brat nosi całe życie piętno na psychice po  tej służbie,jego kolega, bardzo wrażliwy chłopak ,wrócił chory psychicznie i już nigdy nie ułożył sobie życia.Wiem,że to były inne czasy,ale ...
To był dla niego w ogóle trochę pechowy dzień.Jechał tikiem do Wielkiego Miasta,po drodze o mało nie poszedł na czołówkę z jakimiś busem, którym jechali pracownicy drogowi i wymusili na nim pierszeństwo.Tylko refleks K pozwolił uniknąć wypadku.A przecież ma dopiero kilka miesięcy prawo jazdy.
Potem zaparkował auto na parkingu i  przejęty tym,że za chwilę wejdzie TAM nie pomyśłał,że trzeba wykupić bilecik w parkomacie.Gdy wrócił ,za wycieraczką był mandat na 50 zł...
I tak zaczyna się wejście w dorosłość .
Za oknem zima i zapowiedż wielkich mrozów,a u mnie w domu pięknie kwitną carfurowskie storczyki.



A na swoją kolej czekają wiosenne zapachy hiacyntów,nie mogłam się oprzeć w Biedronce/. 
Zdjęcie było robione trochę wcześnie,teraz już,już będą kwitnać.


Wczoraj póżnym wieczorem musieliśmy jechać do miasta,żeby przyjąć gości w domu,którym się opiekujemy.Męża i M nie ma ,więc dobrze,że K wrócił ze szkoły ,ze względu na konieczność stawienia się na komisję i miał mnie kto podwieżć.Jednak czasami  prawo jazdy by mi się sprzydało,szkoda,że nie mam do tego ,,powołania,, .
A zima daje się we znaki,wczoraj zabłądził na naszych dróżkach jakiś wielki zagraniczny tir i oczywiście ,koło naszego domu stanął i ,chociaż mała górka ,większe auta czasami mają problem z wyjazdem.Ale ,na szczęście nadjechał chłopak,który odśnieża i posypuje śliskie drogie ,i pomógł mu się wydostać z opresji.A ja miałam przez pewien czas taki widok za oknem. 
 

niedziela, 4 lutego 2018

Lutowe migawki

Nie wiem ,czy lubię luty...
Może czasami,za jego zimową szatę,która zachwyca ,po deszczowych,wietrznych dniach,takich niezimowych przecież.
Może czasami za to ,że  mogę sobie siedzieć w domu i nie muszę wychodzić na pole,mam pretekst ,że zimno,że mrożno...chociaż dzisiejszy dzień wręcz zachęca do spacerów... a mnie się nie chce...może trochę ze smutku ,że synowi nie układa się w małżeństwie,mimo,że stara się ,jak może...,może trochę z mojego nałogu haftowania,bo chyba mogę to już nazwać nałogiem,a może ,z chęci świętego spokoju...
Nie wiem...
Drzewa uginają się pod ciężarem białego puchu,niby puch, a taki ciężki...

To ostatnio na tapecie,a muszę się śpieszyć,bo mam zamówienie na dwa obrazki komunijne,ale do maja się wyrobię.

Policzka zamieniają się powoli w puchatki,więc na deser coś mało kalorycznego  .


A wieczorami podczytuję


 Podobno zjedzenie 3 gorzkich pestek z moreli chroni przed rakiem...? 

No to jem ,jak nie zapomnę...



niedziela, 14 stycznia 2018

Haftowany prezent

Wspominałam kiedyś o mojej chorej koleżance.
Niestety ,choroba się pogłębia,opanowała całe ciało,G leży ,już nawet głowy nie może skręcać.
Rak się rozpanoszył, plastry z morfiny przylepione na przedramieniu osłabiają ból.
Ale jest jeszcze w miarę żywotna,codziennie ktoś u niej jest,interesują ją świeże ploteczki,a to nie najgorszy znak.
Podarowałam jej kiedyś wyhaftowany obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.
Na 25 rocznicę małżeństwa.
Przed świętami wspomniałam jej,że haftuję obraz Matki Boskiej Kazańskiej i ona od razu zapragnęła go mieć.W Boże Narodzenie miała urodziny,i stwierdziła ,że zrobi sobie prezent.Jej wspaniały mąż,(naprawdę ideał),powiedział mi ,gdy wychodziłam,żebym zrobiła dla niej ,on zapłaci,ale żeby miała taki prezent,o jakim marzy.
Niestety,mimo szczerych chęci i przyspieszonego tempa ,nie udało mi się skończyć na termin urodzin,ponieważ to duży obraz.Skończyłam dopiero kilka dni temu.
.Odwiedziłam ją ,była zachwycona i widać,ze sprawiło jej to wielką radość.
Jest wielką wielbicielką Matki Bożej i zamarzyło  jej się jeszcze posiadanie obrazu Matki Bożej Huculskiej.
Gdzieś go wcześniej zobaczyła i zapragnęła,niestety ,nie zapisała strony . Moje poszukiwania wzoru obrazu,tez nie przyniosły rezultatu.Więc chyba musi zrezygnować z tego życzenia.
Jak zwykle po wizycie u niej, noc nie przespana,nie  chcę już tam chodzić ,wiem,że to bardzo egoistyczne i nieetyczne stwierdzenie,ale odbija się to na mnie bardzo i nie mogę długo dojść do siebie.Najlepiej jest mi udawać,ze nic złego nie się nie dzieje.Takie podejście do wielu spraw,zauważyłam od pewnego czasu,ma lepszy wpływ na moją psychikę.
Ale pewnie,mimo wszystko znowu ją odwiedzę...
 Tutaj w stanie surowym


 Matka Boża Kazańska już po wykończeniu i oprawieniu.


piątek, 12 stycznia 2018

Witajcie w Nowym Roku!

No i nie wiadomo kiedy minął grudzień,a połowa stycznia prawie za nami.
Nie miałam czasu ani pisać ,ani podczytywać Wasze blogi,miałam pełny dom dzieci.
Wigilia była bardzo gwarna i wspaniała,ale już mi się zatęskniło do takiej normalnej codzienności ,cichej i spokojnej.
Jednak człowiek coraz starszy się robi i nadmierne zagęszczenie na małej powierzchni i codzienne gotowanie i wymyślanie różnych różności ,żeby było jak najlepiej,zaczyna po pewnym czasie męczyć.Wiem,że nie muszę robić wielu rzeczy,ale jakoś tak się przyzwyczaiłam przez te wszystkie lata wcześniejsze,gdy dom był pełen nas ,że gdy dzieci wracają,to włącza się u mnie jakiś motorek i goni,,co by tu jeszcze,,.
Ale już zaczynam odczuwać zmęczenie...Cieszę się,że dzieci wracają do siebie ,modlę,się,żeby było jak najlepiej ,a gdy córka mówi,że nie chce jej się wracać to robi mi się ciepło,że jednak ,mimo wszystko udało mi się stworzyć miejsce ,skąd nie chcą odchodzić ,a z drugiej strony robi mi się przykro,że jest jej smutno,że musi wracać,do szkoły,do pracy,do obcego kraju...
No, ale takie są koleje losu,każde musi znależć swoje miejsce ,założyć swoją rodzinę ,ale pragnę ,aby wracali z radością do rodzinnego domu ,żeby nie musieli przeżywać tego ,co ja kiedyś.
Gwiazdka przyniosła mi moje wymarzone książki,miała być jedna pozycja ,a dostarczyła mi wszystkie pozostałe tej autorki,których nie posiadam,a o których mi się marzyło.


Załapała się na zdjęciu choineczka z ciasta francuskiego,którą wykonała dla nas moja wnusia.
Gwiazdka zadbała tez o moje zdrowie.


A te słodkości zostały zapakowane do reklamówki i schowane ,żeby nie kusiły.


Żeby tak o nich zapomnieć....

Teraz czekam na męża i syna,,którzy razem wracają,maż pojechał podpisać umowę,mam nadzieję,że w końcu dostanie pracę,taką,jaką będzie chciał.
Ale coś mu się strasznie nie chciało,jedynie myśl ,że jeżeli teraz nie przyjmie oferty,to już po niego nie zadzwonią,zdopingowała go do wyjazdu.Przy okazji zabrał syna ze szkoły.
Od jutra K wraca znowu na stok ,gdzie zaczął pracę przed świętami jako instruktor jazdy na nartach.
Bardzo się cieszy ,że ma własne zarobione pieniądze,nawet do szkoły nie chciał od nas pieniędzy,tylko wykorzystał własne.Kupił sobie grzałki do butów,żeby osuszyć buty ,bo przeważnie wracał w przemoczonych.
Na gwiazdkę dostał od brata i siostry narty do nauki i pożyczył na buty, żeby mieć już komplet do nauki.
T i N chcieli mu też kupić buty ,ale ja stwierdziłam,żeby nie przyszło mu to tak łatwo i żeby nie przyzwyczajał się do tego ,że brat i siostra będą go ciągle sponsorować i powiedziałam,że ja mu pożyczę na buty,a potemm i odda.
No i już mi oddał z pierwszych zarobionych pieniędzy.Buty i narty kupił używane,ale bardzo dobrej jakości.I teraz się cieszy.

Sylwestra spędziliśmy na weselu mojej chrześnicy,pierwszy raz byłam bardzo zadowolona ,mój mąż zachował się bardzo na poziomi i... TAŃCZYŁ.
Naprawdę.
Chyba wcześniejsze  nasze rozmowy dały efekt.Wytańczyłam się chyba pierwszy raz w życiu i stwierdziłam,że potrafię się bawić nawet z moim mężem. Szkoda,że tyle czasu straciliśmy.
Za to w domu czekała nas niespodzianka.Dwoje starszych dzieci już było w domu,syn rano miał samolot,więc nie był nigdzie ,ale za to naszego najmłodszego nie był jeszcze w domu ,a było już koło 3 .
I nie odbierał telefonu.
Odebrał w końcu od męża telefon.
I po chwili został przyprowadzony przez jakiegoś kolegę ,bo sam nie był w stanie dojść.
I pierwsze słowa na powitanie ,,Mamo,opiłem się,,,tak,jakbym nie widziała tego.
Okazało się,że zrobili sobie Sylwestra koledzy z klasy,ci,którzy dopiero w mini0nym roku skończyli 18 lat i tak się poopijali,że żaden nie kontaktował.Wszystko odbyło się w mieszkaniu jednego z nich,rodzice też byli na weselu,więc nie było ,,zagrożenia,,ze strony rodziców.
Wysłałam go do łóżka ,dopiero porozmawialiśmy na drugi dzień.
Piszę to,żeby zapamiętać i przypomnieć mu o jego  pierwszym wyczynie,po wejściu w dorosłość...
A dzisiaj pojawił się śnieg ,więc jest nadzieja na zimę i na pełne stoki,bo narazie to tak ,jakby wiosna...chociaż dla mnie może być tak,jak do tej pory..

piątek, 15 grudnia 2017

,,Proszę o jedzenie,,

Bardzo mnie wzruszył dzisiaj mój najmłodszy syn.
Byliśmy odebrać jego prawo jazdy ,bo otrzymał zawiadomienie,że już jest do odbioru.
I przy okazji zrobiliśmy zakupy.
Przed Biedronką klęczała kobieta ze spuszczonymi oczami i kartką z napisem,,Proszę o jedzenie,,.
Pomyślałam,że jak będziemy wychodzić ze sklepu,to jej damy jakieś pieniądze.
W sklepie K  zaczął rozmowę na temat tej kobiety, mówiąc ,że może byśmy jej coś dali.Wyjęłam 5 zł  i powiedziałam ,żeby wrócił i jej wrzucił do kubeczka.
Poszedł i wrócił z dziwną miną ,nic nie odpowiadając na moje pytania.Dopiero po chwili mówi,że miał swoje 5 zł i jej dołożył.
A ona się rozpłakała i podziękowała.
Dlatego K po powrocie nie mógł nic powiedzieć,bo bardzo go to wzruszyło.
Stwierdziliśmy,że zrobimy jej małe zakupy i podarujemy.
K wyszedł na pole i stwierdził,że kobiety nie ma,więc zrezygnowaliśmy z zakupów dla niej ,ale zdziwiło nas ,że jej nie ma.
Zakupy zabrały nam trochę czasu,ale gdy wychodziliśmy ,kobieta była znów na miejscu.Wyciągnęłam z kieszeni jakieś monety i wrzuciłam jej do plastikowego kubeczka.
Mąż .który oczywiście nie wiedział o tym,że ulitowaliśmy się nad biedaczką ,stwierdził,że ktoś mówił,że widział kiedyś taką żebrzącą kobietę, która wysiadła z mercedesa ,a potem stanęła prosić o wsparcie.
Może i tak było,ale uważam że nie każda taka sytuacja zasługuje na kpiny i brak poszanowania dla osoby.
Żeby stanąć i prosić o wsparcie,uważam,że trzeba być naprawdę w rozpaczliwej sytuacji.
A nawet ,jeżeli są oszuści,to przecież są i potrzebujący.
I my nie zbiedniejemy, jeżeli wesprzemy drugą osobę,w końcu mamy co postawić na stole i nie cierpimy głodu.
Cały czas myślę o tej kobiecie ,była blada i zmęczona.Chciałabym poznać jej los,bo ,chociaż sama nie mam,ale  może ona jest w gorszej sytuacji.
Nie będę miała możliwosci sprawdzenia,czy ta kobieta dalej klęczy przed Biedronką,bo juz nie pojedziemy do Wielkiego Miasta. 
Ale trochę mnie dziwi,że kobieta w takiej sytuacji nie ma znikąd wsparcia,że musi prosić obcych o pomoc.
 Przecież jest Szlachetna Paczka i MOPS-y.

wtorek, 12 grudnia 2017

Coraz bliżej święta

Ale było wietrzysko!
Jeszcze chyba  w swoim życiu takiego nie słyszałam. Nawet nie wyszłam na podwórko,bo nie miałam takiej konieczności,a wieczorem słuchałam ze strachem,jak dudni za oknem.
Na szczęście nie było żadnych grożnych skutków,oprócz braku prądu od nocy do popołudnia.
I przekonałam się ,jak jesteśmy uzależnieni od pewnych dogodności.wystarczy ,że zostajemy pozbawieni prądu i już jesteśmy odcięci od świata.
Brak ciepła,brak kontaktu ze światem,co prawda wirtualnym,ale przecież od niego jesteśmy uzależnieni.
W piecu nie paliłam, bo pompa nie chodzi, żeby zapalić kuchenkę gazową musiałam szukać zapałek,na szczęście znalazłam.Na fb nie weszłam,więc nie wiem ,co się dzieje w świecie,telewizja ,oczywiście też niedostępna.Dobrze,że naładowałam  wcześniej telefon,więc mogłam zadzwonić.

Dostałam od koleżanki słoik soku z kapusty,zrobiłam kwaśnicę wg jej przepisu,pychota,nie wspominając o zdrowotności.
Włożyłam do reszty soku kilka jabłuszek,które wcześniej zakisiłam w słoiku.


Ale maż się nie dał namówić.Nie wie ,co dobre.
Pamiętam jabłuszka z beczki pełnej kiszonej kapusty.To były jeszcze czasy  ,kiedy żyła babcia.Tyle lat,a smak pozostał w pamięci...

A tak w ogóle ,to czas spędzam bardzo przedświątecznie.Czyli klejenie pierogów,uszek i smażenie krokietów.Oczywiście ,żeby podkreślić nastrój i nabrać większej ochoty do pracy,to wszystko przy włączonym radiu,gdzie lecą już piosenki związane ze świętami ,zimą ,itp.
Uwielbiam ten nastrój.





Brzydko to wygląda, ale muszę porządnie obsypać mąką ,żeby zamrozić.Nie będę ulepszać na bloga.
Ale smakowite jest ,musiałam trochę na bieżąco ugotować.

Pierniczkowanie mam już za sobą,miałam nie robić,bo nie przepadamy za nimi,ale pod wpływem koleżanki zrobiłam..

Jeszcze tylko polukrować...i zjeść...

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Mikołaje w moich wspomnieniach





Był ten pierwszy, który ciemną nocą cichutko i bezszelestnie wkradł się do naszego domu i zostawił paczkę pod moją poduszką. 
I naprawdę , nigdy go nie usłyszałam i nie zobaczyłam, chociaż w ten wieczór długo się ociągałam z zamknięciem oczu. 
Otwierałam je z uporem, gdy mama podchodziła, żeby mnie okryć do spania. 
Za to paczkę groszków, którą zostawił dla mnie, wspominam do dziś.
 A smak cukierków-kamyczków, które były w środku, przywołuję w każde imieniny Mikołaja.
 Później, gdy już mogłam sobie kupić coś za własne pieniądze, kamyczki należały do ulubionego repertuaru słodyczy, którymi się objadałam. Jednak tamtego smaku nigdy nie odnalazłam…
Ponieważ Święty Mikołaj odwiedzał tylko małe dzieci, szybko przestał bywać u mnie. Przypomniał się dopiero dużo, dużo później, gdy dzieci pojawiły się w mojej własnej rodzinie.
Jakież to były inne Mikołaje… Przynosiły masę słodyczy i zabawek moim dzieciom. Upominki zbierane pracowicie przez Świętego przez kilka miesięcy wcześniej z myślą, aby zobaczyć wielką radość na małych buziach. 
Niecierpliwość, okrzyki zachwytu i radości wynagradzały te starania i pobudzały do kolejnych. Żeby te twarzyczki były jeszcze bardziej szczęśliwe.
Starsze dzieci podrosły, a Mikołaj musiał się dostosować do oczekiwań coraz bardziej wymagającego pokolenia. Już paczka groszków nie wystarczała…
Żeby było ciekawiej, należało odpowiednio ubarwić atmosferę oczekiwania. 
Więc były opowieści, czytanie książek, rozmowy, pisanie listów, a wcześniej listy obrazkowe.
 Listy musiały być często tłumaczone mamie, żeby podpowiedziała Mikołajowi, o co chodzi, w razie problemów z właściwą interpretacją obrazków czy niezdarnych pierwszych pisanych słów.
 I był płacz, gdy pewnej nocy Święty, przejeżdżając saniami zaprzężonymi w świetlne rumaki, ominął nasze okno, w którym widniały wystawione listy, poprawiane wielokrotnie, aby były odpowiednio widoczne i z tego poprawiania spadły z okna, chowając się za fotel…
 I moje tłumaczenia i usprawiedliwienia dla niezbyt spostrzegawczego i zapracowanego Mikołaja. 
I wielka radość mojego najmłodszego, który przybiegł do mnie z wielką emocją, wykrzykując, że właśnie widział, jak Mikołaj przejeżdżał po niebie…
Opowieściom odmalowującym wygląd całego zaprzęgu nie było końca. Do samego wieczora pojawiały się coraz to nowe szczegóły. Bo moje dzieci bardzo długo wierzyły w Świętego Mikołaja. Nawet gdy inne dzieci podsuwały im prawdę, to one nadal pozostawały w tej bajkowej atmosferze, którą stwarzał czas oczekiwania.
 Nie wiem, jakim cudem godziły świadomość istnienia obok siebie mamy-Mikołaja i prawdziwego Świętego Mikołaja, który kursował po całym nieboskłonie. I to była jedyna noc, kiedy chciały jak najszybciej zasnąć w oczekiwaniu poranka i czegoś mikołajowego pod poduszką. Bo tradycję pozostawiania paczek pod poduszką zachowałam.
Dzieci już prawie wszystkie dorosły, Mikołaj omija nas szerokim łukiem, nie widząc listów za naszymi szybami.
 A my cieszymy się radością na buziach innych dzieci i czekamy na prezenty gwiazdkowe. 
Czekamy na czas, kiedy to my, dorośli, już świadomie i z miłością do najbliższych zamieniamy się w Świętych Mikołajów.
 Na czas, kiedy to radość na twarzy obdarowanej miłością bliskiej osoby wzbogaca atmosferę rodzinnej wspólnoty.
Tekst  ten zamieściłam jakiś czas temu na jednym z portali ,a teraz,ulegając magii przedświątecznej , odświeżam go tutaj.

wtorek, 28 listopada 2017

Nie rozumiem

Rozsypał się worek z kłopotami.
Zaczęło się od problemów z karkiem po nieszczęsnej osiemnastce,kiedy to K musiał nosić usztywniacz na  szyi.
Potem skręcony kciuk i gips.
A dodatkowo doszły zatoki.
K dostał skierowanie na prześwietlenie i do laryngologa,zrobił prześwietlenie ,ale wizyta u laryngologa już musiała się odbyć prywatnie,bo na fundusz przyjmuje tylko raz w tygodniu i to w środku tygodnia,więc syn musiałby zrezygnować z wyjazdu do szkoły ,bo to daleko i duży koszt dojazdu.
No więc 100 zł wizyta u laryngologa,który dał skierowanie do szpitala na zabieg.
Pojechałam do Wielkiego Miasta,żeby umówić termin,tam okazało się,że niezbędna jest tomografia zatok,co było wskazane w opisie prześwietlenia,a czego nie zalecił doktor.
Więc ja dzwonię do lekarza ,który powiedział,że on może dać skierowanie na tomografię,ale tylko prywatnie.
 Zrezygnowaliśmy i umówiliśmy się na fundusz.
Oczywiście syn cały tydzień został w domu,dobrze ,że nie ma trudności w szkole i może wszystko sobie samodzielnie nadrobić.
Laryngolog stwierdził zaistnienie kostniaka czyli niezłośliwego raka,ale samo słowo ,,rak,,już podniosło nam ciśnienie.
Zlecił tomografię,jak najszybciej.
Poszliśmy umówić badanie,ale okazało się ,że na fundusz dopiero może dostać termin na marzec.
Do marca tyle dni ,nocy! Tyle myśli,lęków,przewidywań!. Zdecydowaliśmy się na badanie prywatne.I tu pełne zaskoczenie.
Wizytę można było już umówić na następny dzień,godzina do wyboru! Ale za 280 zł.
Nie mogliśmy pojąć ,jak to możliwe,jak to działa.Na fundusz nie ma miejsca, a prywatnie od ręki!? W tym samym gabinecie szpitalnym?Ta sama obsługa?
Nie umiałam wytłumaczyć ani synowi ,ani sobie.Naprawdę nie wiem,,jak to działa,może ktoś mi potrafi wytłumaczyć?
Na szczęście okazało się,ze to nie kostniak ,lecz zmiana polipowa.Jutro wizyta u laryngologa z wynikami badania,i dalsze zalecenia.Mam nadzieję,że będę miała za co zrobić święta...

poniedziałek, 20 listopada 2017

Bajkowo

Zima za oknem-czas na Reischi-atak na choroby,atak na komórki rakowe,ratunek dla wątroby-wspaniały produkt.
Moja N jest konsultantką LR i taki prezent dostałam.



A za oknem poranek przywitał nas takimi czapami śniegowymi






Zaczyna się zimowa bajka...

Jestem

Jestem,jestem,tylko tak jakoś daleko od świata blogowego. Czas mija ,bo człowiek chce się nacieszyć tymi chwilami wiosny,kiedy to nie pada ...