niedziela, 14 stycznia 2018

Haftowany prezent

Wspominałam kiedyś o mojej chorej koleżance.
Niestety ,choroba się pogłębia,opanowała całe ciało,G leży ,już nawet głowy nie może skręcać.
Rak się rozpanoszył, plastry z morfiny przylepione na przedramieniu osłabiają ból.
Ale jest jeszcze w miarę żywotna,codziennie ktoś u niej jest,interesują ją świeże ploteczki,a to nie najgorszy znak.
Podarowałam jej kiedyś wyhaftowany obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.
Na 25 rocznicę małżeństwa.
Przed świętami wspomniałam jej,że haftuję obraz Matki Boskiej Kazańskiej i ona od razu zapragnęła go mieć.W Boże Narodzenie miała urodziny,i stwierdziła ,że zrobi sobie prezent.Jej wspaniały mąż,(naprawdę ideał),powiedział mi ,gdy wychodziłam,żebym zrobiła dla niej ,on zapłaci,ale żeby miała taki prezent,o jakim marzy.
Niestety,mimo szczerych chęci i przyspieszonego tempa ,nie udało mi się skończyć na termin urodzin,ponieważ to duży obraz.Skończyłam dopiero kilka dni temu.
.Odwiedziłam ją ,była zachwycona i widać,ze sprawiło jej to wielką radość.
Jest wielką wielbicielką Matki Bożej i zamarzyło  jej się jeszcze posiadanie obrazu Matki Bożej Huculskiej.
Gdzieś go wcześniej zobaczyła i zapragnęła,niestety ,nie zapisała strony . Moje poszukiwania wzoru obrazu,tez nie przyniosły rezultatu.Więc chyba musi zrezygnować z tego życzenia.
Jak zwykle po wizycie u niej, noc nie przespana,nie  chcę już tam chodzić ,wiem,że to bardzo egoistyczne i nieetyczne stwierdzenie,ale odbija się to na mnie bardzo i nie mogę długo dojść do siebie.Najlepiej jest mi udawać,ze nic złego nie się nie dzieje.Takie podejście do wielu spraw,zauważyłam od pewnego czasu,ma lepszy wpływ na moją psychikę.
Ale pewnie,mimo wszystko znowu ją odwiedzę...
 Tutaj w stanie surowym


 Matka Boża Kazańska już po wykończeniu i oprawieniu.


piątek, 12 stycznia 2018

Witajcie w Nowym Roku!

No i nie wiadomo kiedy minął grudzień,a połowa stycznia prawie za nami.
Nie miałam czasu ani pisać ,ani podczytywać Wasze blogi,miałam pełny dom dzieci.
Wigilia była bardzo gwarna i wspaniała,ale już mi się zatęskniło do takiej normalnej codzienności ,cichej i spokojnej.
Jednak człowiek coraz starszy się robi i nadmierne zagęszczenie na małej powierzchni i codzienne gotowanie i wymyślanie różnych różności ,żeby było jak najlepiej,zaczyna po pewnym czasie męczyć.Wiem,że nie muszę robić wielu rzeczy,ale jakoś tak się przyzwyczaiłam przez te wszystkie lata wcześniejsze,gdy dom był pełen nas ,że gdy dzieci wracają,to włącza się u mnie jakiś motorek i goni,,co by tu jeszcze,,.
Ale już zaczynam odczuwać zmęczenie...Cieszę się,że dzieci wracają do siebie ,modlę,się,żeby było jak najlepiej ,a gdy córka mówi,że nie chce jej się wracać to robi mi się ciepło,że jednak ,mimo wszystko udało mi się stworzyć miejsce ,skąd nie chcą odchodzić ,a z drugiej strony robi mi się przykro,że jest jej smutno,że musi wracać,do szkoły,do pracy,do obcego kraju...
No, ale takie są koleje losu,każde musi znależć swoje miejsce ,założyć swoją rodzinę ,ale pragnę ,aby wracali z radością do rodzinnego domu ,żeby nie musieli przeżywać tego ,co ja kiedyś.
Gwiazdka przyniosła mi moje wymarzone książki,miała być jedna pozycja ,a dostarczyła mi wszystkie pozostałe tej autorki,których nie posiadam,a o których mi się marzyło.


Załapała się na zdjęciu choineczka z ciasta francuskiego,którą wykonała dla nas moja wnusia.
Gwiazdka zadbała tez o moje zdrowie.


A te słodkości zostały zapakowane do reklamówki i schowane ,żeby nie kusiły.


Żeby tak o nich zapomnieć....

Teraz czekam na męża i syna,,którzy razem wracają,maż pojechał podpisać umowę,mam nadzieję,że w końcu dostanie pracę,taką,jaką będzie chciał.
Ale coś mu się strasznie nie chciało,jedynie myśl ,że jeżeli teraz nie przyjmie oferty,to już po niego nie zadzwonią,zdopingowała go do wyjazdu.Przy okazji zabrał syna ze szkoły.
Od jutra K wraca znowu na stok ,gdzie zaczął pracę przed świętami jako instruktor jazdy na nartach.
Bardzo się cieszy ,że ma własne zarobione pieniądze,nawet do szkoły nie chciał od nas pieniędzy,tylko wykorzystał własne.Kupił sobie grzałki do butów,żeby osuszyć buty ,bo przeważnie wracał w przemoczonych.
Na gwiazdkę dostał od brata i siostry narty do nauki i pożyczył na buty, żeby mieć już komplet do nauki.
T i N chcieli mu też kupić buty ,ale ja stwierdziłam,żeby nie przyszło mu to tak łatwo i żeby nie przyzwyczajał się do tego ,że brat i siostra będą go ciągle sponsorować i powiedziałam,że ja mu pożyczę na buty,a potemm i odda.
No i już mi oddał z pierwszych zarobionych pieniędzy.Buty i narty kupił używane,ale bardzo dobrej jakości.I teraz się cieszy.

Sylwestra spędziliśmy na weselu mojej chrześnicy,pierwszy raz byłam bardzo zadowolona ,mój mąż zachował się bardzo na poziomi i... TAŃCZYŁ.
Naprawdę.
Chyba wcześniejsze  nasze rozmowy dały efekt.Wytańczyłam się chyba pierwszy raz w życiu i stwierdziłam,że potrafię się bawić nawet z moim mężem. Szkoda,że tyle czasu straciliśmy.
Za to w domu czekała nas niespodzianka.Dwoje starszych dzieci już było w domu,syn rano miał samolot,więc nie był nigdzie ,ale za to naszego najmłodszego nie był jeszcze w domu ,a było już koło 3 .
I nie odbierał telefonu.
Odebrał w końcu od męża telefon.
I po chwili został przyprowadzony przez jakiegoś kolegę ,bo sam nie był w stanie dojść.
I pierwsze słowa na powitanie ,,Mamo,opiłem się,,,tak,jakbym nie widziała tego.
Okazało się,że zrobili sobie Sylwestra koledzy z klasy,ci,którzy dopiero w mini0nym roku skończyli 18 lat i tak się poopijali,że żaden nie kontaktował.Wszystko odbyło się w mieszkaniu jednego z nich,rodzice też byli na weselu,więc nie było ,,zagrożenia,,ze strony rodziców.
Wysłałam go do łóżka ,dopiero porozmawialiśmy na drugi dzień.
Piszę to,żeby zapamiętać i przypomnieć mu o jego  pierwszym wyczynie,po wejściu w dorosłość...
A dzisiaj pojawił się śnieg ,więc jest nadzieja na zimę i na pełne stoki,bo narazie to tak ,jakby wiosna...chociaż dla mnie może być tak,jak do tej pory..

piątek, 15 grudnia 2017

,,Proszę o jedzenie,,

Bardzo mnie wzruszył dzisiaj mój najmłodszy syn.
Byliśmy odebrać jego prawo jazdy ,bo otrzymał zawiadomienie,że już jest do odbioru.
I przy okazji zrobiliśmy zakupy.
Przed Biedronką klęczała kobieta ze spuszczonymi oczami i kartką z napisem,,Proszę o jedzenie,,.
Pomyślałam,że jak będziemy wychodzić ze sklepu,to jej damy jakieś pieniądze.
W sklepie K  zaczął rozmowę na temat tej kobiety, mówiąc ,że może byśmy jej coś dali.Wyjęłam 5 zł  i powiedziałam ,żeby wrócił i jej wrzucił do kubeczka.
Poszedł i wrócił z dziwną miną ,nic nie odpowiadając na moje pytania.Dopiero po chwili mówi,że miał swoje 5 zł i jej dołożył.
A ona się rozpłakała i podziękowała.
Dlatego K po powrocie nie mógł nic powiedzieć,bo bardzo go to wzruszyło.
Stwierdziliśmy,że zrobimy jej małe zakupy i podarujemy.
K wyszedł na pole i stwierdził,że kobiety nie ma,więc zrezygnowaliśmy z zakupów dla niej ,ale zdziwiło nas ,że jej nie ma.
Zakupy zabrały nam trochę czasu,ale gdy wychodziliśmy ,kobieta była znów na miejscu.Wyciągnęłam z kieszeni jakieś monety i wrzuciłam jej do plastikowego kubeczka.
Mąż .który oczywiście nie wiedział o tym,że ulitowaliśmy się nad biedaczką ,stwierdził,że ktoś mówił,że widział kiedyś taką żebrzącą kobietę, która wysiadła z mercedesa ,a potem stanęła prosić o wsparcie.
Może i tak było,ale uważam że nie każda taka sytuacja zasługuje na kpiny i brak poszanowania dla osoby.
Żeby stanąć i prosić o wsparcie,uważam,że trzeba być naprawdę w rozpaczliwej sytuacji.
A nawet ,jeżeli są oszuści,to przecież są i potrzebujący.
I my nie zbiedniejemy, jeżeli wesprzemy drugą osobę,w końcu mamy co postawić na stole i nie cierpimy głodu.
Cały czas myślę o tej kobiecie ,była blada i zmęczona.Chciałabym poznać jej los,bo ,chociaż sama nie mam,ale  może ona jest w gorszej sytuacji.
Nie będę miała możliwosci sprawdzenia,czy ta kobieta dalej klęczy przed Biedronką,bo juz nie pojedziemy do Wielkiego Miasta. 
Ale trochę mnie dziwi,że kobieta w takiej sytuacji nie ma znikąd wsparcia,że musi prosić obcych o pomoc.
 Przecież jest Szlachetna Paczka i MOPS-y.

wtorek, 12 grudnia 2017

Coraz bliżej święta

Ale było wietrzysko!
Jeszcze chyba  w swoim życiu takiego nie słyszałam. Nawet nie wyszłam na podwórko,bo nie miałam takiej konieczności,a wieczorem słuchałam ze strachem,jak dudni za oknem.
Na szczęście nie było żadnych grożnych skutków,oprócz braku prądu od nocy do popołudnia.
I przekonałam się ,jak jesteśmy uzależnieni od pewnych dogodności.wystarczy ,że zostajemy pozbawieni prądu i już jesteśmy odcięci od świata.
Brak ciepła,brak kontaktu ze światem,co prawda wirtualnym,ale przecież od niego jesteśmy uzależnieni.
W piecu nie paliłam, bo pompa nie chodzi, żeby zapalić kuchenkę gazową musiałam szukać zapałek,na szczęście znalazłam.Na fb nie weszłam,więc nie wiem ,co się dzieje w świecie,telewizja ,oczywiście też niedostępna.Dobrze,że naładowałam  wcześniej telefon,więc mogłam zadzwonić.

Dostałam od koleżanki słoik soku z kapusty,zrobiłam kwaśnicę wg jej przepisu,pychota,nie wspominając o zdrowotności.
Włożyłam do reszty soku kilka jabłuszek,które wcześniej zakisiłam w słoiku.


Ale maż się nie dał namówić.Nie wie ,co dobre.
Pamiętam jabłuszka z beczki pełnej kiszonej kapusty.To były jeszcze czasy  ,kiedy żyła babcia.Tyle lat,a smak pozostał w pamięci...

A tak w ogóle ,to czas spędzam bardzo przedświątecznie.Czyli klejenie pierogów,uszek i smażenie krokietów.Oczywiście ,żeby podkreślić nastrój i nabrać większej ochoty do pracy,to wszystko przy włączonym radiu,gdzie lecą już piosenki związane ze świętami ,zimą ,itp.
Uwielbiam ten nastrój.





Brzydko to wygląda, ale muszę porządnie obsypać mąką ,żeby zamrozić.Nie będę ulepszać na bloga.
Ale smakowite jest ,musiałam trochę na bieżąco ugotować.

Pierniczkowanie mam już za sobą,miałam nie robić,bo nie przepadamy za nimi,ale pod wpływem koleżanki zrobiłam..

Jeszcze tylko polukrować...i zjeść...

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Mikołaje w moich wspomnieniach





Był ten pierwszy, który ciemną nocą cichutko i bezszelestnie wkradł się do naszego domu i zostawił paczkę pod moją poduszką. 
I naprawdę , nigdy go nie usłyszałam i nie zobaczyłam, chociaż w ten wieczór długo się ociągałam z zamknięciem oczu. 
Otwierałam je z uporem, gdy mama podchodziła, żeby mnie okryć do spania. 
Za to paczkę groszków, którą zostawił dla mnie, wspominam do dziś.
 A smak cukierków-kamyczków, które były w środku, przywołuję w każde imieniny Mikołaja.
 Później, gdy już mogłam sobie kupić coś za własne pieniądze, kamyczki należały do ulubionego repertuaru słodyczy, którymi się objadałam. Jednak tamtego smaku nigdy nie odnalazłam…
Ponieważ Święty Mikołaj odwiedzał tylko małe dzieci, szybko przestał bywać u mnie. Przypomniał się dopiero dużo, dużo później, gdy dzieci pojawiły się w mojej własnej rodzinie.
Jakież to były inne Mikołaje… Przynosiły masę słodyczy i zabawek moim dzieciom. Upominki zbierane pracowicie przez Świętego przez kilka miesięcy wcześniej z myślą, aby zobaczyć wielką radość na małych buziach. 
Niecierpliwość, okrzyki zachwytu i radości wynagradzały te starania i pobudzały do kolejnych. Żeby te twarzyczki były jeszcze bardziej szczęśliwe.
Starsze dzieci podrosły, a Mikołaj musiał się dostosować do oczekiwań coraz bardziej wymagającego pokolenia. Już paczka groszków nie wystarczała…
Żeby było ciekawiej, należało odpowiednio ubarwić atmosferę oczekiwania. 
Więc były opowieści, czytanie książek, rozmowy, pisanie listów, a wcześniej listy obrazkowe.
 Listy musiały być często tłumaczone mamie, żeby podpowiedziała Mikołajowi, o co chodzi, w razie problemów z właściwą interpretacją obrazków czy niezdarnych pierwszych pisanych słów.
 I był płacz, gdy pewnej nocy Święty, przejeżdżając saniami zaprzężonymi w świetlne rumaki, ominął nasze okno, w którym widniały wystawione listy, poprawiane wielokrotnie, aby były odpowiednio widoczne i z tego poprawiania spadły z okna, chowając się za fotel…
 I moje tłumaczenia i usprawiedliwienia dla niezbyt spostrzegawczego i zapracowanego Mikołaja. 
I wielka radość mojego najmłodszego, który przybiegł do mnie z wielką emocją, wykrzykując, że właśnie widział, jak Mikołaj przejeżdżał po niebie…
Opowieściom odmalowującym wygląd całego zaprzęgu nie było końca. Do samego wieczora pojawiały się coraz to nowe szczegóły. Bo moje dzieci bardzo długo wierzyły w Świętego Mikołaja. Nawet gdy inne dzieci podsuwały im prawdę, to one nadal pozostawały w tej bajkowej atmosferze, którą stwarzał czas oczekiwania.
 Nie wiem, jakim cudem godziły świadomość istnienia obok siebie mamy-Mikołaja i prawdziwego Świętego Mikołaja, który kursował po całym nieboskłonie. I to była jedyna noc, kiedy chciały jak najszybciej zasnąć w oczekiwaniu poranka i czegoś mikołajowego pod poduszką. Bo tradycję pozostawiania paczek pod poduszką zachowałam.
Dzieci już prawie wszystkie dorosły, Mikołaj omija nas szerokim łukiem, nie widząc listów za naszymi szybami.
 A my cieszymy się radością na buziach innych dzieci i czekamy na prezenty gwiazdkowe. 
Czekamy na czas, kiedy to my, dorośli, już świadomie i z miłością do najbliższych zamieniamy się w Świętych Mikołajów.
 Na czas, kiedy to radość na twarzy obdarowanej miłością bliskiej osoby wzbogaca atmosferę rodzinnej wspólnoty.
Tekst  ten zamieściłam jakiś czas temu na jednym z portali ,a teraz,ulegając magii przedświątecznej , odświeżam go tutaj.

wtorek, 28 listopada 2017

Nie rozumiem

Rozsypał się worek z kłopotami.
Zaczęło się od problemów z karkiem po nieszczęsnej osiemnastce,kiedy to K musiał nosić usztywniacz na  szyi.
Potem skręcony kciuk i gips.
A dodatkowo doszły zatoki.
K dostał skierowanie na prześwietlenie i do laryngologa,zrobił prześwietlenie ,ale wizyta u laryngologa już musiała się odbyć prywatnie,bo na fundusz przyjmuje tylko raz w tygodniu i to w środku tygodnia,więc syn musiałby zrezygnować z wyjazdu do szkoły ,bo to daleko i duży koszt dojazdu.
No więc 100 zł wizyta u laryngologa,który dał skierowanie do szpitala na zabieg.
Pojechałam do Wielkiego Miasta,żeby umówić termin,tam okazało się,że niezbędna jest tomografia zatok,co było wskazane w opisie prześwietlenia,a czego nie zalecił doktor.
Więc ja dzwonię do lekarza ,który powiedział,że on może dać skierowanie na tomografię,ale tylko prywatnie.
 Zrezygnowaliśmy i umówiliśmy się na fundusz.
Oczywiście syn cały tydzień został w domu,dobrze ,że nie ma trudności w szkole i może wszystko sobie samodzielnie nadrobić.
Laryngolog stwierdził zaistnienie kostniaka czyli niezłośliwego raka,ale samo słowo ,,rak,,już podniosło nam ciśnienie.
Zlecił tomografię,jak najszybciej.
Poszliśmy umówić badanie,ale okazało się ,że na fundusz dopiero może dostać termin na marzec.
Do marca tyle dni ,nocy! Tyle myśli,lęków,przewidywań!. Zdecydowaliśmy się na badanie prywatne.I tu pełne zaskoczenie.
Wizytę można było już umówić na następny dzień,godzina do wyboru! Ale za 280 zł.
Nie mogliśmy pojąć ,jak to możliwe,jak to działa.Na fundusz nie ma miejsca, a prywatnie od ręki!? W tym samym gabinecie szpitalnym?Ta sama obsługa?
Nie umiałam wytłumaczyć ani synowi ,ani sobie.Naprawdę nie wiem,,jak to działa,może ktoś mi potrafi wytłumaczyć?
Na szczęście okazało się,ze to nie kostniak ,lecz zmiana polipowa.Jutro wizyta u laryngologa z wynikami badania,i dalsze zalecenia.Mam nadzieję,że będę miała za co zrobić święta...

poniedziałek, 20 listopada 2017

Bajkowo

Zima za oknem-czas na Reischi-atak na choroby,atak na komórki rakowe,ratunek dla wątroby-wspaniały produkt.
Moja N jest konsultantką LR i taki prezent dostałam.



A za oknem poranek przywitał nas takimi czapami śniegowymi






Zaczyna się zimowa bajka...

Haftowany prezent

Wspominałam kiedyś o mojej chorej koleżance. Niestety ,choroba się pogłębia,opanowała całe ciało,G leży ,już nawet głowy nie może skręcać. ...